Ścieżka dydaktyczna "Bobrowy zakątek"
Pierwszym przystankiem na ścieżce okazała się tablica z opisem murawy napiaskowej, czyli ciepłolubnego zbiorowiska trawiastego. Nie wiedzieliśmy na jej temat nic, dlatego chętnie zapoznaliśmy się z jej skrótowym opisem. I bogatsi w nową wiedzę poszliśmy dalej.
Kolejna tablica poświęcona została jezioru Młyńskiemu, nad którego brzegiem właśnie się znaleźliśmy. Na pomoście dostrzegliśmy jakieś żmijowate żyjątko. Wyglądało na martwe, równie dobrze mogło jednak spać. Nie będąc pewnym cóż to za gatunek, woleliśmy się zbytnio nie zbliżać. Tacie z wyglądu przypominało to to węgorza, który jednak powinien znajdować się w jeziorze a nie wylegiwać na pomoście. Chyba, że to sprawka jakiegoś wędkarza, który zapomniał o swoim łupie.
Od tego miejsca wygodna i dość szeroka dotąd droga zmieniła się w niewielką ścieżynkę biegnącą brzegiem jeziora. Chwilę później ścieżka zaginęła w trawie i w mchu na dość podmokłym leśnym terenie. Spotkaliśmy tu także lisa, który przyglądał się nam z pewnej odległości. Przyglądał się nam dość długo stojąc nieruchomo w miejscu. Trochę nas to zaniepokoiło, bowiem zdrowe dzikie zwierzęta powinny raczej czym prędzej czmychać na widok człowieka. W końcu jednak poszedł w swoją stronę. Być może znudził się naszym widokiem, a może po prostu doszedł do wniosku, że na jego dzisiejsze danie jesteśmy zwyczajnie za duzi.
Przeszliśmy przez niewielki mosteczek i znaleźliśmy się przy kolejnej tablicy poświęconej znajdującej się tu niegdyś starej osadzie. Przysiedliśmy na chwilę na ławeczce a Michał coś tam przekąsił w międzyczasie.
Doszliśmy do śródleśnego skrzyżowania dróg, gdzie na chwilę napotkaliśmy kontynuację szlaku czarnego, którym doszliśmy do ścieżki edukacyjnej. Szlak skręcał tu w prawo, nasza ścieżka natomiast w lewo. Na rozstaju napotkaliśmy kolejny przydrożny krzyż, przy którym to Michał również zatrzymał się na chwilę.
Jakiś czas później ponownie zagłębiliśmy się w las, gdzie znajdowała się kolejna tablica. Tu, przy cieku wodnym znajdował się niegdyś młyn, po którym w chwili obecnej zostały jedynie zarysy murów.
Kolejna tablica poinformowała nas czym są olsy. Trochę na ich temat już wiedzieliśmy, olsy występują bowiem dość często na terenie naszego Pojezierza. Dzięki następnej tablicy dowiedzieliśmy się natomiast sporo o orientacji w lesie. Wiedza bardzo przydatna, o czym mogliśmy się poniekąd niedługo przekonać.
Do tablicy nr 7: Jakie to drzewo? dotarliśmy ścieżynką wzdłuż wspomnianego już cieku wodnego. Trasa bardzo atrakcyjna, naznaczona zajmującymi widokami. Było to jednak jeszcze nic w porównaniu z widokami przy tablicy nr 8: Bobry. Kolejny mosteczek i już przy niej byliśmy. Oj było warto dotrzeć tu, aby choć przez chwilę rzucić okiem na te uroczyska.
Po tablicy poświęconej pierwszemu Świętu Lasu nie mogliśmy odnaleźć dalszych znaków informacyjnych ścieżki. Po rodzinnej naradzie postanawiamy nie ryzykować „zagubienia w dziczy” i wrócić drogą, którą tu doszliśmy. Stracimy co prawda sporo czasu i zrobimy trochę dodatkowych kilometrów, ale za to bezpiecznie znajdziemy się w Kaplinie. Zatem zawracamy. Dochodzimy do tablicy „Święto lasu” i tu tata dostrzega nagle znak informacyjny ścieżki, który nakazuje powrót. Znak ów przegapiliśmy tylko dlatego, że ktoś umiejscowił go nie tak jak poprzednie, po stronie tablic informacyjnych, lecz po drugiej stronie drogi. Trochę to nielogiczne. Stanęliśmy na chwilę, zadumaliśmy się i doszliśmy do wniosku, że znak jest najzwyczajniej w świecie umiejscowiony źle. Bardzo trudno dostrzec go z miejsca postoju przy tablicy. Dlaczego znak nie znalazł się przy niej, w miejscu, gdzie z założenia każdy spacerowicz przystaje? Kto i w jakim celu umieścił go na drzewie ginącym wśród innych drzew po drugiej stronie? Nie wiemy i prawdopodobnie już się nie dowiemy.
Następne metry przeszliśmy już spokojniejsi na duchu, tym bardziej, że znaczki kierujące ruchem na ścieżce znów zaczęły pojawiać się w odpowiednich miejscach. Ze względu na uciekający czas i szybko nadciągające chmurzyska musieliśmy jednak znacznie przyspieszyć. I, nie ma co ukrywać, że tempo to, po już sporo przecież przebytych kilometrach, zmęczyło nas solidnie. W międzyczasie zadzwonił już do nas Sławek (który miał nas odebrać z Kaplina) z zapytaniem, dlaczego jeszcze po niego nie dzwonimy. Wyjaśniliśmy mu sytuację i Sławek postanowił, tak na wszelki wypadek, już do nas wyjechać.
Ostatnie dwie tablice, odnalezione już bez problemu, doprowadziły nas do końca ścieżki edukacyjnej. Chwilę potem podjechało niebieskie autko Sławka.
Uczciwie przyznajemy, że „Bobrowy zakątek” jest bardzo interesującą i urozmaiconą ścieżką. Do tego spaceruje się tu bardzo, bardzo przyjemnie. Pod warunkiem oczywiście, że nie zgubi się znaku wskazującego kierunek marszu…
Do domu Sławek dowiózł nas bezpiecznie w kilkanaście minut. A kwadrans po naszym powrocie… lunął deszcz. I to bardzo konkretny deszcz.
Stwórz łatwo własną witrynę internetową z Webador