To już niestety nasz ostatni pełny dzień w Kudowie, jutro rano wyjeżdżamy. Żal, ale cóż zrobić. I tak udało nam się zostać dzień dłużej, niż zamierzaliśmy, zgodnie z planami powinniśmy wrócić już dzisiaj.
Ostatni dzień pobytu w Kudowie postanawiamy poświęcić na zdobycie najwyższego szczytu Gór Stołowych – Szczelinca Wielkiego. Chcieliśmy pójść szlakiem pieszym do Karłowa a stamtąd udać się na szczyt. Michał niestety co raz mocniej przeziębiony, dlatego do Karłowa mamy zamiar dotrzeć autobusem. Udajemy się zatem na dworzec autobusowy a tam… niespodzianka. Nie ma żadnego połączenia z Karłowem. Aż człowieka krew zalewa. Informacje na stronie internetowej miasta zachęcające do przyjazdu wyraźnie zapewniały, iż z Kudowy wszędzie i łatwo dostać można się publicznym transportem. A tu masz babo placek.
Jedynym dostępnym transportem okazał się bus taxi. O koszty takiej podróży lepiej nie pytać. Nadmienimy tylko, że za drogę w tą i powrotem wyszła niemal cena podróży pociągiem z Wronek do Wrocławia. A odległość przecież niewielka. Ale cóż było robić, bardzo zależało nam na ukoronowaniu naszego pobytu w górach. A zatem pojechaliśmy ów busotaksówką.
Pokonaliśmy dużą część krętej Szosy Stu Zakrętów i znaleźliśmy się w Karłowie. Przed nami zamajaczył okazały Szczeliniec. Pełni zapału ruszyliśmy w jego kierunku. Po drodze pstryknęliśmy sobie fotkę przy zabytkowym drewnianym domku.
Doszliśmy do prowadzących na szczyt schodów pod którymi Michał mówi, że chyba nie da rady wejść na górę. Przysiedliśmy na ławeczce, Michał chwilę odpoczął po czym stwierdził, że skoro już tu jesteśmy, to spróbujemy. Umówiliśmy się, że pójdziemy bardzo wolno, często odpoczywając. Wpadliśmy na pomysł, żeby liczyć schodki. Czterdzieści schodków i odpoczynek. Wszyscy wiemy, jak wędruje się pod górę z zapchanym nosem. Nie jest to łatwe, dlatego wielki szacun dla Michała, za podjętą próbę.
Zaczęliśmy swą powolną drogę na szczyt. Przystanki co czterdzieści schodków okazały się dobrym pomysłem. Oprócz odpoczynku dawały nam one możliwość podziwiania piękna dzikiej przyrody Parku Narodowego Gór Stołowych. Michał zafascynowany a i rodzice pod wielkim wrażeniem.
Ogromne głazy, powalone drzewa, wykute w skale schody, czyste niebo nad nami i co raz mniejszy Karłów w dole. I tak krok po kroku, schodek po schodku zbliżamy się do szczytu. Widoki co raz piękniejsze, Michał zapomina o swojej niedyspozycji i nawet już nie liczymy schodków. Odpoczywamy samorzutnie gdy tylko coś nas szczególnie zaciekawi. Pstrykamy zdjęcia wszystkiego, co wydaje nam się warte utrwalenia. Jednym słowem, pstrykamy dużo. I nagle stajemy przed tabliczką informującą o schronisku na Szczelincu.
Czyżby to już? I rzeczywiście, jeszcze tylko kilkanaście schodków i stajemy przed jednym z dwóch najstarszych górskich schronisk PTTK. Mijamy budynek i… Cóż za widok. Jesteśmy. Daliśmy radę. Siadamy przy stoliku i delektując się gorącą czekoladą z bitą śmietaną pochłaniamy rozciągający się hen, hen górski krajobraz.
Wchodzę z Michałem na punkt widokowy, Ania (która za wysokościami nie przepada) zostaje na tarasie przy schronisku. Przy ładnej pogodzie ze Szczelinca widać Śnieżkę. Mamy to szczęście, że pogoda wyśmienita. Rzeczywiście, gdzieś tam w oddali widać zarys najwyższego po polskiej stronie szczytu w Sudetach Wschodnich.
Ale to nie koniec atrakcji, czeka nas jeszcze zejście w dół. I to nie byle jakie, bo labiryntem wśród skał. Pozostaje jeszcze tylko zakup biletów (zejście jest płatne) i w drogę.
Trasa labiryntu prowadząca ze Szczelinca jest bardzo malownicza. Szlak ten powstał pod koniec XVIII wieku i do dziś dnia cieszy się wielkim uznaniem turystów. Na przestrzeni lat wiele skał ze względu na swoje unikatowe kształty otrzymało swoje zwyczajowe nazwy. I tak mamy tu m.in. Niedźwiedzia, Małpoluda, Kołyskę czy też Kwokę.
Byliśmy przekonani, iż najciekawsze atrakcje mamy już za sobą. Okazało się, że takie założenie było wielkim błędem. Przeciskanie się z plecakiem wąskimi szczelinami, schodzenie w dół i pod górę wyjątkowo stromymi schodkami oraz oglądanie niesamowicie uformowanych przez naturę skał, to było dopiero coś. Zejście okazało się nawet ciekawsze od zejścia. Naprawdę warto było zobaczyć to wszystko na własne oczy. A Michał chyba całkiem zapomniał o swoim przeziębieniu wchodząc i wciskając się wszędzie tam, gdzie tylko bezpiecznie było można.
Niesamowite wrażenie zrobiło na nas zejście do Piekła i późniejsze dotarcie do Nieba. Właśnie w takich miejscach człowiek dostrzega jak marną i niewielką jest istotą.
A to jeszcze nie koniec atrakcji. Okazało się, że przed samym zejściem znajdują się kolejne tarasy widokowe, z których rozciągał się równie atrakcyjny widok jak z tarasu przy schronisku PTTK.
Do Karłowa powróciliśmy w późnych godzinach popołudniowych. O dziwo, nie byliśmy aż tak zmęczeni, jak przypuszczaliśmy że będziemy. Aczkolwiek Michałowi niemal natychmiast po zejściu z góry powrócił stan przeziębieniowy. Widocznie opuściła go adrenalina, a wraz z nią siły.
Do Kudowy powróciliśmy tą samą busotaksówką, którą przyjechaliśmy pod szczyt. Na szczęście podróżowały z nami jeszcze dwie osoby, toteż przejazd powrotny kosztował nas o połowę mniej. Do tego kierowca podrzucił nas nawet na ulicę Słone, tak więc nie musieliśmy po raz kolejny tuptać tam z dworca.
To był jak na razie najlepszy dzień z naszych turystycznych wypraw. I chyba ciężko będzie w tym roku już czymkolwiek go przebić. Nasz ostatni dzień pobytu w górach okazał się strzałem w dziesiątkę. Dzięki zdobytemu szczytowi czujemy się spełnieni, choć jest w Kudowie i okolicach jeszcze wiele ciekawych miejsc, do których nie udało nam się dotrzeć. Może jeszcze kiedyś…
W mieszkaniu ogarnął nas wielki smutek, że to już koniec naszego pobytu w Górach Stołowych. Pocieszamy się tym, że za trzy tygodnie znajdziemy się nad morzem. Dwa krańce Polski w jednym roku. Kto by pomyślał.
Stwórz łatwo własną witrynę internetową z Webador