Noc jakoś przetrwaliśmy. To znaczy, dobrze spałem ja (mam taki dar, iż śpię wszędzie dobrze nie zważając na warunki), w miarę wyspał się Michał (choć z częstymi przebudzaniami), Ania... No cóż. Próbowała zasnąć ze skutkiem raczej mizernym. Nie zmrużyła prawie oka z powodu czyhających w każdym kącie licznych przedstawicieli pająkowatych tudzież innych przedstawicieli stawonogów. Udało jej się zasnąć na chwilę dopiero nad ranem.
Wstajemy i idziemy na śniadanie. O dziwo, była już Pani Szefowa i było śniadanie. I to całkiem smaczne i syte. Podniosło nas to niewątpliwie na duchu, może jednak jakoś to będzie. No i w końcu ruszamy w góry.
Udało nam się zdobyć Hon (820 m n.p.m.) i Osinę (963 m n.p.m.). Jednak z powodu wyraźnie nadciągającego deszczu do Bacówki wróciliśmy już o 14:00. Dosłownie kilka minut później nadciągnęło istne "oberwanie chmury".
Zmęczeni wędrówką postanowiliśmy skorzystać już z naszej obiadokolacji, a na kolację kupić sobie coś później tu, lub jeszcze lepiej, w sklepie w Cisnej "na dole". Aby za dużo nie kombinować postanowiliśmy zjeść sprawdzone już pierogi i zaryzykować zupę pomidorową. Niestety Szefowej nie było, był za to nasz ulubiony Gostek, który ze zbolałą miną stwierdził: "No cóż, robicie mi państwo robotę". Ale zamówienie przyjął mamrocząc coś tam jeszcze pod nosem. I znów poczuliśmy się tu jak intruzi. Gostkowi udało się zepsuć nam całkiem dobre humory, które ledwie co udało się nam odzyskać po wczorajszym "ciepłym przywitaniu".
Czekaliśmy jakieś 30 minut. I wreszcie doczekaliśmy się, niestety zupełnie zimnych pierogów. I zimnej pomidorowej składającej się z dzisiaj z koncentratu pomidorowego rozcieńczonego z lekka wodą i makaronu. Nadmienię tu, że siedząca obok rodzinka z dziećmi dostała całkiem zimne kakao. I też czekała na nie jakieś pół godzinki. Zdaje się, że nasz Gostek częściej spędzał czas na papierosku z koleżankami na schodach, niż w kuchni (to nasze spostrzeżenie, nie domysł).
I tu miarka jakby się przebrała. Szybkie rzucenie hasła na Facebooku, grupa Bieszczady i... udało się. Mamy kontakt, udaje nam się zarezerwować pokój w Cisnej. Nie konsumujemy do końca naszego vouchera - stanowczo dajemy drapaka. Na twarzy Ani pełnia szczęścia - uszczuplimy nasze finanse, ale wszędzie byle już nie tu. I w zasadzie jej podejście zupełnie mnie nie dziwi.
Podsumowując nasz pobyt w Bacówce pod Honem. Pobyt miał być nagrodą, na którą cieszyliśmy się od dnia wygrania a okazał się katastrofalną porażką. I nie chodzi tu o warunki mieszkaniowe (choć i te znacznie odbiegają od znanych nam schronisk) ale głównie o samo do nas podejście obsługi: niechciani intruzi, przyczynek dodatkowej roboty itd. Zlekceważeni, zło konieczne. Taki są z grubsza nasze odczucia z "nagrody" w tym miejscu. Niestety.
(cdn. - 2018.08.18 Cisna - Chatka z Bali)
Stwórz łatwo własną witrynę internetową z Webador